Nie, nie. Nie chodzi mi o to, by kogokolwiek na wstępie zniechęcać ani wprowadzać w jakiś depresyjny nastrój. Choć, o ile nie jesteś wyznawcą prosperity theology, zakładam, że to, co w tytule, jakoś specjalnie cię nie zaszokowało (a przynajmniej mam taką nadzieję). Jeśli śledzisz lub nawet prowadzisz, jakieś chrześcijańskie strony, grupy, konta, to pewnie zauważyłeś, że wszystko tam jest takie.. „od linijki”. Wersety, cytaty, świadectwa, serduszka, can I get an amen? yes, you can!; i nie chodzi w tym o jakieś upiększanie rzeczywistości.
Może jedynie bardziej o lekkie udawanie, że nie widzimy tego, że entuzjazm nie zawsze będzie naszą reakcją. Mamy swoje niedole, ale wolimy czasem zakłócić je kolorową grafiką z wersetem. Może i dobrze?
Dobijam do 30-stki i to jest taki niefortunny moment sprzyjający wszelkim refleksjom. Gdy porównuję siebie obecnie do siebie sprzed kilku lat, pod wieloma względami wolę swoje życie i siebie sprzed kilku lat. Życie jednak się zmienia, człowiek obiera jakąś drogę, codziennie dokonuje jakichś wyborów, ma swoje bolączki, ma swoje pragnienia, ambicje i zdaje się, że cały ten bagaż stanowi jednocześnie błogosławieństwo jak i przekleństwo. Myślę sobie, że jedynie z Bogiem jestem w stanie to znieść. Życie jest trudne i nie ma co mydlić sobie oczu. Z Bogiem jednak jakoś wszystko to łatwiejsze.
Gdy jestem blisko Boga, złe i przykre sytuacje i tak mi się przytrafiają. Gdy jestem blisko Boga, bywam smutna, rozdrażniona, zawiedziona, wkurzona czy obolała. Gdy jestem blisko Boga, zdarza mi się gadać głupoty, śmiać z głupot, być niemiłą, robić rzeczy, których potem żałuję, albo nie zrobić nic, gdy powinnam. Gdy jestem blisko Boga, zdarza mi się zaniedbywać czytanie Biblii, ulegać lenistwu czy nie wierzyć, że coś o co się modlę, naprawdę może się stać.
Czy mogę być blisko Boga i doświadczać tego wszystkiego?
Chyba tak. Chyba tak, bo jestem tylko człowiekiem, który mimo chęci zbliżania się do Boga, czasem się potknie. Nigdy nie wątpiłam w istnienie Boga – nie uważam tego za wyczyn, szczególnie, że obecnie jestem na innym poziomie – nie wyobrażam sobie życia bez Boga. Wiem jak to brzmi – tak patetycznie. Pa, jaka święta.
Nie o to chodzi. Chodzi o to, że próbowałam wielokrotnie dawać sobie z różnymi sprawami radę sama i nie udawało się. Życie co chwilę ma dla nas jakieś niespodzianki, bywa, że pozytywne i super. Bywa jednak też, że mniej pozytywne. Każde z nich przeżywam i chcę przeżywać z Bogiem, bo tylko taka droga ma dla mnie sens.
Jest taka piosenka, moja ulubiona swoją drogą, od Allie Paige i śpiewa tam:
„I’ve searched the earth through and through
You remain the only one for me”
I te słowa są czymś, co czuję zawsze podwójnie.
Także po tych wszystkich rozkminach, podtrzymuję – życie jest trudne, nawet te chrześcijańskie, ale jednak innego sobie nie wyobrażam. Bóg daje mi to, czego świat nawet nie może mi zaoferować.

Dodaj komentarz