Dziękuję.
Dziękuję Ci, że mnie odnalazłeś i wciąż mnie odnajdujesz. Dziękuję, że wyrwałeś mnie z ciemności i przeniosłeś mnie do światłości. Dziękuję, że zawsze gdy w ciemności pojawiają się migające światełka, które przykuwają moją uwagę i zachęcają, by podążać w ich kierunku, Ty oślepiasz mnie swoją jasnością i nic innego od tego światła już nie mogę zobaczyć. W świetle widać Twoją miłość, Twoją dobroć, Twoje błogosławieństwo, Twoją łaskę, czyli wszystko to, na co nie zasłużyłam, a dostaję. W świetle widać też moje ułomności, moją grzeszną naturę, moje zniechęcenie tym, że migające światełka coś we mnie zepsuły i teraz znów muszę to naprawiać. I chociaż wiem, że jesteś, Panie, moim zupełnym przeciwieństwem, bo jesteś wierny, cierpliwy i dobry, to wciąż zadziwia mnie, że wyciągasz do mnie swoją dłoń i mówisz: Chodź, pomogę ci. Naprawię to za ciebie.
I kiedy ja odczuwam zniechęcenie i ból, że dałam się omamić tym migającym w ciemności światełkom, Ty zamieniasz te odczucia w nadzieję.
Ludzie od wieków szukają różnych dowodów na Twoje istnienie, nazywając mądrze te wszystkie swoje wyszukane teorie. A ja mam swój najmocniejszy dowód w swoim sercu, które Ty decydujesz ponownie scalić w całość, po tym, gdy sama zaczęłam je sobie łamać.

Dodaj komentarz